www.pexels.com

Drodzy rekruterzy… opowiem Wam dziś bajkę 🙂

Za siedmioma górami i siedmioma rzekami, żyła sobie pewna kobieta, która postanowiła zmienić pracę. Do tej pory zajmowała się rekrutacją pracowników w agencji pracy tymczasowej i w tym kierunku chciała rozwijać się dalej. Weszła więc na stronę z ogłoszeniami, wybrała 4, które najbardziej ją interesują. Znalazła w nich informacje o tym, jakie obowiązki są przewidziane dla tego stanowiska, czego pracodawca oczekuje od kandydatów, jakie jest wynagrodzenie i warunki zatrudnienia, a także informacja z zastrzeżeniem prawa do kontaktu z wybranymi osobami. Wysłała swoją aplikację na wszystkie 4 ogłoszenia. Odpowiedziało jej dwóch rekruterów, prowadzących akurat proces rekrutacyjny dla swoich klientów. Po rozmowie z nimi, dostała zaproszenie na rozmowę z przedstawicielem firmy. Po spotkaniu, rekruter zadzwonił i zapytał o wrażenia z rozmowy. Tydzień później otrzymała informację zwrotną od jednego z nich, że wybrany został inny kandydat. Rekruter szczegółowo wyjaśnił motywy takiej decyzji. Drugi natomiast zadzwonił z pozytywną informacją i złożył jej ofertę współpracy. Po niewielkich negocjacjach z pracodawcą, została zatrudniona. Miesiąc później, osoba, która ją rekrutowała, zadzwoniła z pytaniem, czy wszystko jest w porządku i czy współpraca układa się dobrze. Układała się 🙂

Myślicie, że to świat idealny, a z drugiej strony czujecie, że właśnie tak powinno być?

Ogłoszeń o pracę bogatych w treść jest naprawdę dużo. Konkurencja ogromna, więc trzeba wymyślać coraz to nowsze metody i sposoby na dotarcie do kandydatów.  Macie poczucie, że zrobiliście już wszystko, a idealnego kandydata wciąż brak?  Zastanówmy się dlaczego tak się dzieje.

O ile w ogłoszeniach rzeczywiście możemy znaleźć informacje na temat samego stanowiska, opisu obowiązków i wymagań, o tyle wynagrodzenie jest wciąż ukrywane. Co ciekawe, według badań WorkService, ok. 84% pracowników chciałoby znać widełki płacowe już na poziomie ogłoszenia. Według HRK Employer Branding natomiast, tylko 19% polskich firm ujawnia kwotę proponowanego wynagrodzenia na etapie rekrutacji. Dla porównania, widełki płacowe możemy znaleźć w średnio 90% ogłoszeniach angielskich. Podobnie jest w Norwegii, Szwecji i w Niemczech. 

Kto ukrył widełki?

Kiedy rozmawiam z osobami zajmującymi się rekrutacją i pytam dlaczego nie publikują kwoty wynagrodzenia w swoich ogłoszeniach, najczęstszą odpowiedzią, którą słyszę jest: „Klient się nie zgodził”. Teoretycznie ta odpowiedź powinna rozwiązać problem, bo w końcu „klient nasz pan”. Czy to jednak oznacza, że to firmy, które zlecają nam rekrutacje są winne takiemu stanowi rzeczy?  Oczywiście jest wiele argumentów, których używają klienci. Nie chcą, żeby konkurencja wiedziała, ile płacą. Nie chcą, żeby pracownicy w organizacji dowiedzieli się o zarobkach nowej osoby, bo być może są to rozbieżne kwoty.  Ale z drugiej strony, zastanówcie się, drodzy rekruterzy, kiedy ostatnio zapytaliście w ogóle klienta, czy zgadza się na publikację wynagrodzenia? A jeśli nawet zadaliście to pytanie, to czy kiedykolwiek przedstawiliście korzyści, jakie może przynieść takie rozwiązanie? 

Pamiętajmy, że osoba, która zajmuje się rekrutacją, to specjalista, który oprócz profesjonalnie przeprowadzonego procesu, może, a nawet powinien zarekomendować rozwiązania, które będą dla klienta korzystne. 

Co daje jawność wynagrodzenia?

Kiedy zaczęłam pracę w mojej obecnej firmie, powiedziałam szefowej, że w każdym moim ogłoszeniu publikuję widełki. Po krótkim przemyśleniu, zgodziła się i wiecie, jakie są efekty?

  • Mam średnio 30% więcej zgłoszeń w stosunku do ogłoszeń bez widełek,
  • Oszczędzam czas na wstępnej selekcji – zgłaszają się Kandydaci, którzy są faktycznie zainteresowani wynagrodzeniem, jakie proponuje klient,
  • Nie ma rozczarowania wśród kandydatów w późniejszych etapach rekrutacji,
  • Dostaję mnóstwo informacji zwrotnych, że takie ogłoszenia to coś, na co ludzie czekają,
  • Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby klient, dla którego robię rekrutację nie zgodził się na publikację wynagrodzenia – wystarczy zapytać i wyjaśnić 🙂
  • Zgłaszają się do mnie bardziej zmotywowani kandydaci, którzy mają poczucie, że zarówno ja, jak i klient, którego reprezentuję, działamy transparentnie i nie mamy niczego do ukrycia,
  • Mam przeogromną satysfakcję, że mi się udało i że pokazuję, że się da! 🙂

A na koniec, przypomnijcie sobie jeszcze, ile z rekrutacji, które przeprowadziliście jest ukrytych, tzn nie publikujecie nazwy firmy, dla której rekrutujecie? Odpowiedź brzmi : „większa część”? To tym bardziej, jaki jest problem z publikacją widełek? Czasami trudno nam wyjść poza schemat i spojrzeć na temat z szerszej perspektywy. Jednak warto!

Drodzy rekruterzy i osoby zajmujące się rekrutacją – pamiętajcie, że mamy wpływ na więcej kwestii, niż czasami może nam się wydawać. Sprawmy więc, żeby ta bajka stała się rzeczywistością 🙂

2 komentarze w “Kto ukrył widełki?”

  1. Droga Olgo 🙂

    Postanowiłam dodać jeszcze jeden powód do twojego artykułu, z którym oczywiście się zgadzam.
    Zdarza się również tak, że nie podje się widełek, gdyż klienci dość często deklarują pewne kwoty, natomiast finalnie jeśli kandydat okaże się „petardą” są w stanie wyjść poza swoje widełki 🙂
    Nie podawanie więc widełek chroni zatem przed odstraszeniem tych kandydatów.

  2. Kilkanaście tygodni zajęła mi batalia o umieszczenie widełek w ogłoszeniach firmowych. musiałam zgromadzić wiele „dowodów” na to, że są one niezbędne, aby zwiększyć napływ ofert. Udało się i efekty były rzeczywiście widoczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *